Warunki gorsze niż w biurze grenlandzkiej federacji piłkarskiej

Mam nadzieję, że za rok nasze lokalne środowisko piłkarskie nie będzie musiało organizować akcji „Pomóż zamojskiemu OZPN przetrwać zimę”. Na dzień przed nadejściem astronomicznej wiosny związek zmuszony był zamknąć swoje biuro na koronie stadionu OSiR w Zamościu, ponieważ temperatura w nim, mimo ogrzewania „na full”, wynosiła zaledwie siedem stopni Celsjusza. W takich warunkach zarząd związku nie może podejmować sensownych decyzji odnośnie naszej ukochanej kopanej piłeczki. Sekretarz związkowego biura Andrzej Swacha z pewnością lepiej by miał w Nuuk, w siedzibie grenlandzkiej federacji piłkarskiej. Wczoraj zakończyła się zima, ale w zamojskiej piłce nożnej ta pora roku jeszcze nie nastała, choć powinna się rozpocząć już 17 marca. Wprawdzie się ociepla, ale jednak drugą wiosenną kolejkę spotkań także trzeba będzie odwołać i przełożyć na późniejszy termin.

Nie przejaskrawię rzeczywistości, jeśli stwierdzę, że gdy nastanie zima, to Zamojski Okręgowy Związek Piłki Nożnej ma gorzej niż grenlandzka federacja piłkarska. Na tę chwilę podobieństw jest co najmniej kilka. Związek piłki nożnej na Grenlandii powstał w 1971 roku (pięć lat wcześniej niż ZOZPN), ale do dziś nie jest zrzeszony ani w FIFA, ani w UEFA, ani nawet w CONCACAF. Wynika to z tego, że na Grenlandii, która niby jest autonomiczna, ale zależna od Danii, nie można wybudować boisk trawiastych, spełniających odpowiednie wymagania. Zamojskiej piłce nożnej też daleko nawet do piłkarskiego trzeciego świata, choć formalnie ZOZPN przynależy do tego pierwszego, ale też jest niby autonomiczny, a jednak zależny – chociażby od Lubelskiego ZPN. Wiele boisk trawiastych w naszym okręgu nie umywa się jakością do tego w grenlandzkim Nuuk, gdy było ono jeszcze bez trawy, przed zainstalowaniem sztucznej murawy. Zresztą, niby wiosna przyszła, a boiska na Zamojszczyźnie przypominają właśnie Grenlandię. Ale to akurat złośliwość mateczki natury. Nie możemy narzekać na warunki atmosferyczne w marcu, jeśli mamy świadomość, w jakiej szerokości i wysokości geograficznej przyszło nam żyć. Jak bokser wychodzi na ring, to nie może się skarżyć, że ktoś go chce uderzyć centralnie w twarz.

Pod pewnym względem pracownicy biura grenlandzkiej federacji piłkarskiej mają lepiej niż sekretarz zamojskiego OZPN Andrzej Swacha i zarząd. Na pewno tak nie muszą marznąć. W siedzibie naszego okręgowego związku, w nieocieplonej, dziurawej budzie na koronie stadionu OSiR przy ul. Królowej Jadwigi w Zamościu, zimą temperatura spada znacznie poniżej ustalonych przepisami BHP osiemnastu stopni Celsjusza. Spada na tyle dużo, że w poniedziałek, 19 marca związek zamknął swoje podwoje. Siedem stopni to warunki, na które mogą narzekać nawet pracownicy hal produkcyjnych – ci powinni mieć zapewnioną w miejscu pracy temperaturę nie niższą niż czternaście stopni. Myślę, że kultowa scena z komedii Stanisława Barei „Miś”, z zamarzniętą niedopitą kawą w biurze wytwórni filmowej, nikogo korzystającego z biura zamojskiego OZPN nie śmieszy. Mnie by nie bawiła, gdyby mi paluszki na laptopiku grabiały, a z nosa kapało. Problem zimna w siedzibie związku nie jest nowy. Od wielu zim pomieszczeń nie dało się należycie ogrzać, chociaż kaloryfery grzały „na full”. Miesięcznie związek płaci OSiR za wynajęcie lokalu 800 zł. Za tę kwotę nic sensowniejszego, o stosownej kubaturze, w mieście wynająć się nie da, ale to nie oznacza, że nasi kochani związkowi pracownicy i działacze mają marznąć. Ponoć dyrekcja OSiR zapewniła, że przeprowadzi gruntowny remont i wykona ocieplenie budynku. Mam nadzieję, że nie jest to obietnica na odczepnego. Liczę na to, że za rok nasze lokalne środowisko piłkarskie nie będzie musiało organizować akcji „Pomóż zamojskiemu OZPN przetrwać zimę”.

Marek Sztochel



Markowe teksty

Marek Sztochel
Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?