Temperatura rośnie

Siarczyste mrozy już za nami. Od kilku dni temperaturę powietrza mamy na plusie. Jeśli wierzyć prognozom pogody, to w marcu ujemnych wskazań termometrów nie będzie. Przynajmniej w dzień, lecz nie w nocy. Temperatura, ale ta związana z emocjami, rośnie także w naszym lokalnym środowisku futbolowym. Oto bowiem już za tydzień i kilka dni zespoły piłkarskie z Zamojszczyzny mają rozegrać pierwsze w tym roku mecze o ligowe punkty.

Ekstraklasa zakończyła jesienne rozgrywki 18 grudnia, a rundę wiosenną rozpoczęła 9 lutego. Grudzień i luty to czas, gdy frekwencja na polskich stadionach drastycznie maleje. W tym okresie z trybun stadionu najmniej widzów obejrzało mecz Sandecji Nowy Sącz z Zagłębiem Lubin (0:1). Na to spotkanie przybyło zaledwie 312 widzów. Taką publiką nie powstydziłyby się chyba tylko kluby z „okręgówki” i niższych klas rozgrywkowych. Z pewnością gdyby tylu sympatyków piłki nożnej pojawiło się na meczu w Różańcu, to działacze miejscowego Gromu mogliby kręcić nosami na znak niezadowolenia. Tam zawsze zainteresowanie meczami jest większe. Ponoć wszystkiemu winne były mrozy. W zimne dni nie sposób psa z budy wypędzić, więc trudno oczekiwać od kibiców, że przez dwie godziny będą kostnieć na trybunach, gapiąc się na niezbyt atrakcyjny mecz, za który jeszcze muszą zapłacić (dojazd też kosztuje). Piłkarze również narzekają na to, że muszą grać w grudniu i lutym. Bramkarz Legii Warszawa Arkadiusz Malarz po meczu z Jagiellonią Białystok (2:0 dla Jagi na Łazienkowskiej w Warszawie) przyznał w wywiadzie telewizyjnym, że zawodnicy nie mają przyjemności z gry w niekorzystnych warunkach pogodowych. A przecież kibice na podgrzewanej murawie nie siedzą.

Od lat w mroźne dni trwają dyskusje nad sensem rozgrywania meczów w takich warunkach, podczas gdy w czerwcu i lipcu boiska leżą odłogiem. Wraca też temat zmiany systemu rozgrywek ligowych w Polsce. Są tacy, którzy uważają, że położenie geograficzne naszego kraju wymusza rozgrywanie ligi systemem wiosna-jesień. Tak się gra w kilku krajach europejskich, taki też system niegdyś obowiązywał w Polsce. Naiwne jest twierdzenie, że przejście na system gry od końca marca do początku listopada będzie lekiem na całe zło i uzdrowi naszą rodzimą piłkę nożną. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że skoro w naszym kraju nabudowaliśmy stadionów dla licznej publiczności, to powinniśmy dążyć do tego, by te obiekty nie świeciły pustkami. Miejsce zagorzałego kibica jest na trybunach stadionu, a nie przed telewizorem, w kapciach, ze złocistym napojem w ręku i chipsami.

Organizowałem kiedyś wyjazd do Kielc dla młodzieży z OSiR Biłgoraj i Włókniarza Frampol na mecz Korony Kielce z Legią Warszawa. Była końcówka listopada, temperatura powietrza wynosiła minus piętnaście stopni. Emocje ze zmarzniętej murawy rozgrzewały trybuny stadionu, ale tylko w przenośni. Dosłownie, to ubranie na cebulkę – kalesony, dwie pary spodni, dwa swetry, a pod nimi kilka warstw cieńszej odzieży, nie było w stanie uchronić ciała przed tak wysokim mrozem. Co prawda kibice Korony, przedstawiający się jako „Fanatycy znad Silnicy”, przez dwie godziny bili w bębny i śpiewali z gołymi torsami, ale z ich sektora napływała mdląca woń, więc byli zapewne stosownie rozgrzewani od wewnątrz (od naszych wycieczkowiczów dowiedziałem się, skąd się wziął na Arenie Kielc ten nieznany mi dotąd zapach). Ja tak się dogrzewać nie mam ochoty. Jeśli zatem któryś z zaprzyjaźnionych trenerów zwraca się do mnie z prośbą o pomoc w organizacji wyjazdu na jakiś mecz ekstraklasy w lutym, a nawet w marcu, to stanowczo odradzam taką eskapadę, zwłaszcza z dziećmi. Chętnie pomogę, ale w kwietniu lub maju, a najchętniej – podczas wakacji.

Opinie na temat propozycji powrotu do systemu rozgrywek wiosna-jesień są podzielone. Dla jednych kłopot jest w tym, że mistrz wyłoniony w listopadzie rozpocznie rozgrywki w eliminacjach Ligi Mistrzów siedem miesięcy później, więc zapewne przystąpi do nich już jako inna drużyna. Ale są też tacy, którzy uważają, że skoro polskie zespoły tak wcześnie rozpoczynają swój udział w pucharowych rozgrywkach, to przystępują do nich niejako z marszu, bez należytego przygotowania. Być może gdyby zespoły były w trakcie sezonu, to na międzynarodowej arenie wypadłyby znacznie lepiej. Pewne jest tylko to, że zmiana terminu rozpoczęcia i zakończenia sezonu nie wywinduje naszej piłki nożnej na wyższy poziom. To możemy osiągnąć tylko i wyłącznie dzięki dobremu szkoleniu młodzieży, a nie przez zmiany terminów rozgrywek.

Przejdźmy na nasze lokalne podwórko. Zespoły z Zamojszczyzny ligowe boje po zimowej przerwie w rozgrywkach zwykle zaczynają nie wcześniej niż w połowie marca. Rzadko kiedy zdarza się, by pierwsze wiosenne kolejki rozgrywane były w całości. Warunki atmosferyczne i zły stan boisk zwykle nie pozwalają na rozegranie wszystkich meczów. Tak się dzieje praktycznie od lat, a pamiętamy rundę wiosenną w 2013 roku, gdy nawet na początku kwietnia trzeba było przekładać wszystkie mecze z kolejki, bo zima nie chciała ustąpić. Jak będzie w tym roku? Trudno przewidzieć. Boiska po zimie nie są w najlepszym stanie. Co prawda pogoda się poprawiła, a temperatura powietrza w przyszłym tygodniu, którego finałem będzie inauguracja rundy wiosennej w lubelskiej IV lidze i zamojskiej klasie okręgowej, ma wynosić od ośmiu do trzynastu stopni, to jednak trudno o optymizm. Zanosi się na deszcz lub nawet deszcz ze śniegiem. Padać ma od wtorku do piątku. Słonecznie zapowiada się w sobotę i niedzielę, ale temperatura ma być niska – synoptycy przewidują zero w dzień i minus pięć stopni w nocy. Nie mam pewności, że wszystkie boiska będą w należytym stanie. Nie wiem także, czy znajdzie się wielu chętnych do wizyty na stadionie, jeśli prognoza pogody okaże się trafna.

Marek Sztochel



Markowe teksty

Marek Sztochel
Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?