Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?

Jak świat światem, jedno się nie zmienia – człowiek potrzebuje chleba i igrzysk. Napełnić żołądek i wykazać swoją wyższość w konfrontacji z przeciwnikiem – to antropologiczne priorytety ludzkości. Współczesne igrzyska rozgrywają się na różnego rodzaju obiektach sportowych. Nic więc dziwnego, że nawet lokalne potyczki piłkarskie cieszą się ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa. Nieprzypadkowo o zamojskiej klasie okręgowej mówi się, że jest „najciekawszą ligą świata”. Potrzeby kulturalne umykają zwykle na dalszy plan. Trudno wymienić chociaż jedną imprezę, organizowaną dla lokalnej społeczności w domu kultury, która cieszyłaby się większą popularnością niż na przykład mecz Łady 1945 Biłgoraj z Hetmanem Zamość. Konkursy recytatorskie, plastyczne czy wokalne nie przyciągają takiej publiki, jaką gromadzą potyczki piłkarskie. Większy spęd ludzi jest tylko na festynach i innych tego typu imprezach plenerowych, które jednak nie kwalifikują się do wydarzeń kulturalnych, lecz bardziej do potrzeby chleba – publikę przyciągają nie aspekty intelektualne, lecz kiełbaska z grilla i napoje wyskokowe, po których z większą łatwością głowę rozwesela tandetna, zupełnie pozbawiona wartości artystycznych muzyka o majteczkach w kropeczki.

Utrzymanie gminnego domu kultury kosztuje lokalny samorząd średnio 400 tysięcy złotych rocznie. Z kolei budżet klubu piłkarskiego, działającego na terenie gminy, przeciętnie opiewa na kwotę dziesięć razy mniejszą. Czy te proporcje są adekwatne do popularności i zainteresowania społeczeństwa ofertami obu podmiotów? Pochodzący z okolic podlubelskich Bełżyc wybitny publicysta Stanisław Michalkiewicz uważa, że państwo powinno zaprzestać finansowania kultury i sportu. Jego zdaniem w wielu przypadkach pieniądze przeznaczane na kulturę idą na finansowanie propagandy antypolskiej. Przy pomocy funduszy publicznych instytucje kultury realizują cele, których polscy podatnicy być może by nie sfinansowali, gdyby mieli taką możliwość wyboru. Redaktor Stanisław Michalkiewicz postuluje „głosowanie pieniędzmi” – jeśli jakaś działalność kulturalna potrafi zyskać odpowiednią frekwencję, to podatnicy za to zapłacą. Publicysta wspomina także o książkach, których wydawanie odbywa się z udziałem pieniędzy podatników – jeśli są dobre, to czytelnicy chętnie je zakupią. Warto przy okazji wspomnieć o przykładzie z naszego biłgorajskiego podwórka. Starostwo Powiatowe w Biłgoraju na opracowanie i wydanie albumu „Przyroda Powiatu Biłgorajskiego” wydało 46 tysięcy złotych (sic!). Połowę tej kwoty pozyskało z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Lublinie. Pozostałe środki przeznaczyło z budżetu powiatu. To skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy. Za kwotę 23 tysięcy złotych można by było wydać ekskluzywną publikację o tematyce sportowej, której sprzedaż zwróciłaby koszty, a nawet przyniosła taki sam zysk. A środowisko sportowe byłoby zadowolone, bo albumów o biłgorajskiej przyrodzie w ramach nagród od starostwa dostało już sporo, a na lokalnym sportowym rynku wydawniczym wciąż pozostaje pustka. Są w Biłgoraju tacy sportowcy, którzy otrzymali już po kilka takich samych albumów, bo co roku znajdują się wśród laureatów różnych plebiscytów i rankingów.

Czy znajdzie się jakiś dyrektor gminnego domu kultury, który powie, że wydatki ponoszone rocznie przez podatników na działalność instytucji kultury są adekwatne do korzyści? Jedna z dyrektorek przyznała, że wraz z zatrudnioną kadrą staje na głowie, by zainteresować lokalne społeczeństwo ofertą kulturalną, a efektów nie widać. Nie pomagają krocie wydawane na promocję – drogie plakaty i płatne ogłoszenia w mediach. Nawet jak ściągnie do domu kultury znanego artystę, to frekwencja byłaby znikoma, gdyby nie podreperowali jej pracownicy w ramach „stosunku pracy”, czasem ze swoimi rodzinami, oraz zaprzyjaźnieni nauczyciele, którzy w trakcie godzin lekcyjnych sprowadzają ze szkół uczniów. W domach kultury zatrudniony jest cały sztab ludzi – dyrekcja, księgowi, instruktorzy, pracownicy administracji, techniczni i sprzątaczki. A tymczasem kluby sportowe, których działalność cieszy się zdecydowanie większym zainteresowaniem, mogą sobie pozwolić jedynie na angaż szkoleniowców, często za wynagrodzenie, które nie jest dla nich podstawowym źródłem utrzymania, a jedynie dodatkiem za pracę po godzinach. Organizacją klubu muszą się zająć społecznicy, którzy nie dość, że świadczą ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, to jeszcze muszą mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?

Marek Sztochel



Markowe teksty

Marek Sztochel
Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?