Po przeszło pięciu latach nic się nie zmieniło. Wciąż jestem piłkarskim „rasistą”

TEKST WART PRZYPOMNIENIA. Felieton zatytułowany „Jestem piłkarskim rasistą” opublikowałem w niedostępnym nigdy w sprzedaży pilotażowym wydaniu tygodnika „Echa Roztocza” z dn. 15 listopada 2012 r. Ponad pięć lat później mój pogląd na tę sprawę się nie zmienił. W tekście, który warto przypomnieć, należy tylko zmienić personalia zawodników, zwiększyć kwoty zarobków piłkarzy i wykreślić Hetmana Zamość z grona klubów, które stawiają na własnych wychowanków. Reszta wciąż jest aktualna.

Trzech rzeczy nie cierpię na świecie: Szwabów, Ruskich i rasizmu” – mawiała moja babcia, której hitlerowskie Niemcy zabrały młodość, a władza ludowa rodzinny majątek. Ja jednak jestem rasistą, bo plejady miernych obcokrajowców w polskiej piłce nożnej po prostu nie znoszę. Dwóch czy trzech w drużynie zdzierżę. Pod warunkiem, że coś wnoszą. Że są istotnym wzmocnieniem, a nie uzupełnieniem składu. Danijel Ljuboja, Abdou Razack Traore, „nasz” Prejuce Nakoulma, może jeszcze ze dwóch. To są gwiazdy, które się ogląda z przyjemnością. Reszta mogłaby się spakować i kupić bilet w jedną stronę. Dla mnie ekstraklasa może zamienić się w młodą ekstraklasę. Albo nawet w ligę juniorów. Tylko niech się ogrywają młodzi Polacy. Niech trenerzy narodowych kadr młodzieżowych mają z kogo wybierać między Bugiem a Odrą, a nie doszukują się polskich korzeni u zawodników o różnym kolorze skóry, z różnych zakątków świata. Niech się rozwija rodzimy skauting (błagam, nazwijmy to jakoś „po polskiemu”). Niech ligowi trenerzy poszukują na Roztoczu i w innych regionach kraju. Niech utalentowana młodzież z małych miejscowości ma nadzieję. Rozmarzyłem się…

Duża liczba piłkarzy z zagranicy poważnie zagraża interesowi polskiej „kopanej”. Kluby muszą to zrozumieć. I dojść do porozumienia. Inaczej się nie da, bo Unia nie pozwoli nam wprowadzić limitu zatrudnienia obywateli Europy. Cieszy mnie to, że w Hetmanie widzę piłkarzy z Zamościa, w Ładzie z Biłgoraja, a w Tomasovii – z Tomaszowa. W końcu ktoś u nas poszedł po rozum do głowy i zrozumiał, że kibic woli oglądać swojego w A-klasie, niż „wynalazki” menedżerów w ekstraklasie. A „opiekunowie” potrafią wynegocjować kwoty. Kilka dni temu „Przegląd Sportowy” opublikował zarobki niektórych piłkarzy. Darvydas Sernas – 95 tys. zł miesięcznie, Wladimer Dwaliszwili – 93 tys. zł, Cwetan Genkow – 66 tys. zł, Vojo Ubiparip i Johan Voskamp – po 50 tys. zł. Kopara mi opadła. Czy Zagłębie coś traci, gdy nie ma w składzie Sernasa, który i tak więcej nie gra, niż gra? Jakiż pożytek ma Lech z Ubiparipa? Czy Voskamp pomógł Śląskowi awansować do Ligi Mistrzów? Z nimi czy bez nich – ten sam efekt. Także na trybunach. I kto teraz powie, że kluby nie mają kasy na szkolenie młodzieży? Polska liga jest przepłacona.

Człek by nie narzekał, gdyby chociaż były sukcesy, jakie osiągały nasze kluby i reprezentacja w czasach ludowego ustroju. Wtedy nie było w naszej lidze obcokrajowców, w zespołach dominowała młodzież. A i płace były z innej, czarno-białej bajki. Kokosy – tylko dla „debeściaków wśród debeściaków”. Płacono oczywiście nieoficjalnie. Niedawno na szklanym ekranie Zbigniew Boniek wspominał te lata. Był zatrudniony… przepraszam – jego imię i nazwisko widniało na liście płac w pięciu przedsiębiorstwach. Zibi, zapytany pewnego dnia przez przedstawiciela związków zawodowych, czy z tego powodu nie głupio mu przed robotnikami, odpowiedział szczerze, że owszem – źle mu z tym. „Wolałbym mieć pięć etatów w jednym zakładzie. Mniej czasu zajmowałoby mi jeżdżenie od firmy do firmy, żeby podpisywać listę obecności” – wyjaśnił obecny prezes PZPN. Mógłby wtedy dłużej trenować. To chyba jest oczywiste, nieprawdaż?

Marek Sztochel
(artykuł pochodzi z tygodnika „Echa Roztocza” nr 0 z dn. 15 listopada 2012 r.)



Markowe teksty

Marek Sztochel
Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?