Olender Sól wysłał nam zdjęcia z awarii busa

ZAMOJSKA KLASA OKRĘGOWA. W sobotę Olender Sól nie dojechał na mecz z Huczwą Tyszowce. Według relacji przedstawicieli tego klubu bus wiozący piłkarzy z Soli do Tyszowiec miał awarię po minięciu Aleksandrowa. Dostaliśmy właśnie fotografie, które mają potwierdzać, że zespół wyjechał na mecz.

Olender Sól wysłał nam zdjęcia z awarii busa, który wiózł piłkarzy tego klubu do Tyszowiec na mecz z Huczwą. Podróż została przerwana na długim, prostym odcinku drogi, na wylocie z Aleksandrowa w kierunku Tomaszowa Lubelskiego. – Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by dotrzeć do Tyszowiec i zagrać z Huczwą. Niestety, mimo usilnych starań przewoźnik nie był przygotowany na to, by w odpowiednim czasie zapewnić nam podróż pojazdem zastępczym. Pytaliśmy też innych przewoźników o możliwość zapewnienia nam transportu, ale spotkaliśmy się z odmową. Przygotowaliśmy już pismo do związkowego wydziału gier. Dziś zostanie ono wysłane, czeka jedynie na podpis prezesa Dawida Muzyki. Wyjaśniamy w nim całą sytuację i proponujemy do wyboru dwa terminy rozegrania meczu – 23 maja i 6 czerwca. Chcemy zmierzyć się z Huczwą. Nie jesteśmy na straconej pozycji. Jeśli zagramy tak, jak z Unią, i nie popełnimy takich błędów, jak w spotkaniu z zespołem z Hrubieszowa, to będziemy w stanie pokusić się w Tyszowcach o co najmniej jeden punkt – mówi piłkarz Olendra Piotr Kmieć, pomagający zarządowi klubu z Soli w sprawach organizacyjnych. Zainteresowani sprawą czynią aluzję, że awaria busa pasowała Olendrowi, bo w sobotę przeciwko Huczwie nie zagrałby Patryk Dorosz. – To tylko jeden zawodnik. Jego nieobecność w składzie nie miałaby aż tak wielkiego wpływu na wynik – twierdzi Piotr Kmieć.

MaSzt
fot. nadesłane przez Piotra Kmiecia

 



Markowe teksty

Marek Sztochel
Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?