Niedziela będzie dla nas?

Dziś obudziliśmy się w nowej rzeczywistości – nastała pierwsza niedziela, gdy nie możemy zrobić zakupów w supermarkecie, dyskoncie i galerii handlowej. Kilka dni temu w internecie pojawił się mem, przedstawiający posłów Nowoczesnej Joannę Schmidt i Ryszarda Petru. Posłanka pyta byłego szefa partii o to, co oznacza zakaz handlu w niedzielę. Poseł wyjaśnia, że pigułkę „dzień po” trzeba będzie kupić dzień przed. Sieć aż huczy od szyderczych treści, prześmiewających przeciwników ograniczenia handlu w niedzielę. „Lemingi” mają powymierać z głodu. Bez psychologa niby nie poradzą sobie z tym, że już nie spędzą niedzieli w galerii handlowej na szaleństwie zakupów. Ponoć wielu straci sens życia. Być może nawet „Gazeta Wyborcza” poinformuje o przypadkach kanibalizmu. A w ogóle, to jak żyć w niedzielę, gdy sklepy są zamknięte?

Nie wiem, jak inni, ale ja nie odczuwam żadnego dyskomfortu z powodu dzisiejszego zamknięcia supermarketów, dyskontów i galerii handlowych. Nie robiłem, nie robię i nie będę robił wielkich zakupów w niedzielę. A jeśli już musiałem kiedyś w niedzielę pojawić się w placówce handlowej, to tylko po to, by zrobić drobne zakupy, najczęściej w małym, osiedlowym sklepie. Gorzej by było, gdyby Prawo i Sprawiedliwość, w ramach pamiętania o tym, by dzień święty święcić, wprowadziło zakaz przeprowadzania imprez sportowych, zwłaszcza rozgrywania meczów piłkarskich (to nie jest śmieszne, a najlepiej nie podpowiadać rządzącym takich pomysłów). Wtedy bym się mocno oburzył. Ale zakazu handlu w niedzielę nie pochwalam, podobnie jak innych regulacji prawnych, które ograniczają społeczeństwu wolność i możliwość dokonywania wyborów. Uważam, że problem należało rozwiązać przez Kodeks pracy, natomiast o zamykaniu sklepów w niedzielę powinny decydować mechanizmy wolnego rynku – jeśli handel byłby nieopłacalny z powodu braku klientów, to właściciele sklepów zmuszeni byliby je zamknąć.

Nie przemawia do mnie religijny argument pomysłodawców ustawy, że niedzielę trzeba święcić jako dzień święty i spędzać ją z rodziną – najlepiej najpierw w kościele, a później na łonie przyrody, ewentualnie w placówce kulturalnej (tylko nie w kinie, w galerii handlowej!). To sensowny pomysł na niedzielę, jednak uważam, że demokratyczne państwo nie powinno nikomu organizować życia prywatnego. Wolny człowiek może robić to, co uważa za najlepsze dla niego. Jeśli nie może pójść z rodziną do galerii handlowej w niedzielę, to jego wolność w pewnym stopniu jest ograniczona. Kościół oraz organizacje religijne i prorodzinne powinny promować najkorzystniejszy styl życia, by niedziele bez zakupowego szaleństwa były wolną i niewymuszoną wolą konsumentów, a przede wszystkim – by wynikały z uświadomienia rodzin, a nie z narzuconego ustawą zakazu. Trzeba także podkreślić, że niedzielne życie rodzinne niegdyś koncentrowało się na rynkach i placach handlowych, a teraz – na galeriach handlowych, które służą już nie tylko do handlu, ale także dają rozrywkę, bo funkcjonują w nich restauracje i kawiarnie, odbywają się różnego rodzaju występy, koncerty, pokazy i inne imprezy. Rodziny mogą zatem zacieśniać więzy także w galeriach handlowych, niekoniecznie robiąc zakupy.

Nie mogę pojąć wielu rzeczy, związanych z ustawą o ograniczeniu handlu w niedzielę. Dlaczego w demokratycznym kraju pewne grupy zawodowe są uprzywilejowane kosztem innych? Dlaczego sprzedawcy z wielkich sklepów mają dzień święty święcić, a nie mogą tego robić przedstawiciele innych zawodów, których wykonywanie w niedziele nie jest niezbędne – kelnerzy, pracownicy stacji benzynowych, kierowcy autobusów, czy dziennikarze? Dlaczego handlowcy ze sklepów wielkopowierzchniowych mogą mieć wolne, a ci z małego sklepu już nie? Dlaczego wyznawcy tych religii, które nie uznają niedzieli za dzień święty, albo osoby niewierzące nie mogą w ten dzień sprzedawać i kupować? Dlaczego ludzie, którzy uważają się za prawych, siłą narzucają innym swój sposób na życie i szyderczo wypowiadają się o tych, którzy mają odmienny pogląd na sprawę niedzielnego handlu? Moim zdaniem od tych rzekomo prawych trąci hipokryzją i absurdem, a ustawa jest szalenie niesprawiedliwa i dyskryminująca. Krótko: jeśli uważasz, że w niedzielę lepiej pojechać z rodziną na łąkę lub do lasu, to jedź, ale nie narzucaj tego innym i daj drugiemu żyć tak, jak on chce. Inaczej budujemy państwo na wzór PRL.

Jak już wspomniałem i kiedyś o tym pisałem, problem pracy w niedzielę, w sklepach wielkopowierzchniowych i centrach handlowych należało rozwiązać poprzez zmiany w Kodeksie pracy. Każda umowa o pracę powinna zawierać klauzulę, która zastrzegałaby, czy pracownik chce lub nie chce świadczyć pracę w „dzień święty”. Sensowne wydaje się wprowadzenie podwójnych stawek za pracę w niedzielę. W te dni mogliby sobie dorabiać studenci, a cała ich rzesza szuka płatnych zajęć w weekendy. A jeśli pracodawca nie byłby w stanie znaleźć chętnych do pracy w niedzielę, to naturalną koleją rzeczy zamknąłby sklep. Zwolennicy prawej strony politycznego sporu wskazują na ciężką dolę pracowników niedzielnego handlu. „Kiedy w piątki kończą się obrady Sejmu, posłowie PO tłumnie spieszą do swoich domów, aby tam w weekend odpocząć i spędzić czas z rodziną. Dziś, ci sami posłowie chcą kazać tysiącom pracowników marketów wracać do ciężkiej pracy w niedzielę. Hipokryci!” – napisał na swoim twitterowym koncie poseł Wolnych i Solidarnych Adam Andruszkiewicz. Dziwne rozumowanie, bo przecież Kodeks pracy ściśle określa maksymalną liczbę godzin pracy w ciągu tygodnia. Zatem jeśli ktoś pracuje w niedzielę, to ma wolne inne dni tygodnia. I wielu to sobie ceni, bo wtedy ma możliwość załatwienia różnych spraw w urzędzie albo skorzystania z czegoś, z czego nie może w niedzielę.

Przewodniczący stojącego za ustawą o ograniczeniu handlu w niedzielę NSZZ „Solidarność” Piotr Duda kpi z opozycji, która sprzeciwia się chyba wszystkiemu, co uchwali Prawo i Sprawiedliwość. „Niech politycy PO siadają w niedzielę na kasy w marketach jako wolontariusze” – stwierdził w rozmowie z portalem wpolityce.pl. Nie dowierzam, że taka myśl mogła się zrodzić w głowie kogoś, kto zapisy Kodeksu pracy oraz Ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie powinien mieć w jednym palcu. Taka wypowiedź z ust szefa związkowców, z założenia broniących praw pracowniczych, jawi się groteskowo. Kodeks pracy zabrania bowiem świadczenia pracy bez wynagrodzenia. Niezgodny z paragrafami jest też wolontariat w placówkach handlowych. Niestety, Piotr Duda i związkowcy nadal nie potrafią – w moim odczuciu – sensownie uzasadnić ustawy.

Niesamowicie trudno rozmawia się także na argumenty ze zwolennikami „dobrej zmiany”. Ludziska są tak zniechęceni do Platformy Obywatelskiej, która przez osiem lat swoich rządów uczyniła Polskę „państwem istniejącym tylko teoretycznie”, że dziś są gotowi przyjąć bezkrytycznie każdą decyzję partii Jarosława Kaczyńskiego. Oburza ich nawet krytyka etatyzmu i ucisku podatkowego. Niewielu chce zauważyć, że pod tym względem PiS podąża drogą PO. Ironizuję, że nawet jeśli PiS uchwali podatek na poziomie 100 procent, a następnie powoła na koszt podatników instytucje do wydawania obywatelom wszystkiego, co władza uzna za niezbędne do życia, to tę ustawę też przyjmą z pokorą i jeszcze wskażą plusy. Tak właśnie jest z ustawą o ograniczeniu handlu w niedzielę.

Marek Sztochel



Markowe teksty

Marek Sztochel
Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?