Najciekawsza, chociaż pełna patologii

To już jutro. Piłkarze z Zamojszczyzny rozpoczną rywalizację w kolejnym sezonie „najciekawszej ligi świata”. Najciekawszej, chociaż pełnej patologii. Patologii, z którymi nikt nie ma ochoty walczyć. Bo ten, który podejmie próbę, natychmiast zostanie okrzyknięty wrogiem numer jeden lokalnej piłki nożnej. Widzimy, że z roku na rok jest coraz gorzej, a jednak ciągle kochamy zamojską „okręgówkę” i w ogóle rozgrywki piłkarskie na poziomie podwórkowym. Kochamy miłością nieodwzajemnioną, ślepą, bezwarunkową.

Patologii w lokalnej piłce nożnej jest tak wiele, że nie sposób je wszystkie spisać. Można tylko dla przykładu wymienić niektóre. A że ryba psuje się od głowy, to warto zacząć właśnie od łba. Od klubowych prezesów wymaga się cudów i wianków, ale niewielu dostrzega, że działają oni w gorszych warunkach niż peerelowscy społecznicy. Nierzadko stają przed wyborem, w jakim znalazł się napalony młodzieniaszek, który w trakcie zakrapianej imprezy wylądował w łóżku między seksowną kobietą a gejem, i nie może się zdecydować, do kogo lepiej wypiąć się tyłkiem. Wszyscy trenerzy muszą mieć dyplom, ale nie wszyscy muszą umieć go przeczytać. Bywa, że jedynym skutecznym sposobem motywacji zawodników są bluzgi, którymi zawstydziłoby się nawet szemrane towarzystwo, stale przesiadujące przy budce z piwem. Decyzje szkoleniowców czasem wyglądają na samobójstwo ze strachu przed śmiercią. Liczy się „tu i teraz”. Gdyby zabrać im „najemników”, to mogliby pojechać na ryby zamiast na mecz. Bo klubowych wychowanków i tubylców w zespołach jest niewielu, więc „kołcze”, nie zdołaliby zebrać siedmiu, by rozpocząć ligowe spotkanie. Zjawisko „stuzłotowców” już zanika. Teraz coraz częściej na boiskach widzimy „dwustupięćdziesięciozłotowców”, mających „zapis w ustnej umowie” o zwolnieniu z udziału w treningach drużyny. A za tę weekendową zabawę w kopanie piłeczki wciąż płacą podatnicy, choć z reguły są to pieniądze wyrzucone w błoto, bo ani nie widać efektów szkoleniowych, ani też wychowawczych.

Mój kolega po fachu Tomasz Tomczewski na łamach najciekawszego i najlepszego w naszym kraju tygodnika lokalnego, czyli „Kroniki Tygodnia”, w cotygodniowym felietonie pod wspólnym tytułem „Kiwając palcem” słusznie zauważa, że dawniej było jakoś fajniej. „Gnało się pieszo bądź pędziło rowerem parę kilometrów, żeby w upalny dzień przez dwie godziny uganiać się za piłką po żużlowym boisku. W pierwszych wałbrzychach z wkrętami chciało się iść nawet do kościoła. Kawałek wykoszonej łąki był stadionem Wembley.” Poziom piłkarskich rozgrywek lokalnych był zdecydowanie wyższy niż obecnie, bo wtedy grało się w piłkę „zawsze i wszędzie”, a nie od wielkiego niedzielnego dzwonu, czyli raz na tydzień, bo przecież środowa kolejka rozgrywek to niebywały problem. Z roku na rok jakość i ilość lecą w dół. Na łeb, na szyję. Ale pod pewnym względem nic się nie zmienia. To nasze zainteresowanie tymi rozgrywkami, a zwłaszcza „najciekawszą ligą świata”. Widać to nie tylko na obiektach sportowych w regionie. Miarodajne jest też czytelnictwo. Bywa, że wartościowy, interesujący tekst, dobrze przygotowany pod względem dziennikarskim, ale niezwiązany ze sportem, znajduje tylko kilkuset czytelników. Za to internetowa relacja z meczu ligowego, ze Zwierzyńca, Krasnobrodu, Frampola lub innej miejscowości notuje kilka a nawet kilkanaście tysięcy odsłon i mnóstwo komentarzy. Jak wytłumaczyć ten fenomen? Co sprawia, że chociaż z roku na rok, z zamojską klasą okręgową jest coraz gorzej, to jednak wciąż niemalejąca, liczna rzesza kibiców darzy ją miłością nieodwzajemnioną, ślepą i bezwarunkową?

Dla kibica piłkarskiego z Zamojszczyzny nie ma na świecie drugiej tak interesującej ligi, ale tego fascynującego zjawiska nie da się logicznie wytłumaczyć. Na pewno nie można piłkarzom małych klubów odmówić serca do gry. A każdy zespół ma co najmniej kilku rywali, z którymi – bez względu na sytuację w tabeli i okoliczności – nie ma prawa przegrać, bo porażka okryłaby pokonanych hańbą największą. Niemal co tydzień każdy spośród ośmiu zaplanowanych spotkań to „mecz kolejki”. Każdy pojedynek gwarantuje gole, które są przecież solą futbolu, a potyczki bezbramkowe zdarzają się sporadycznie. Owszem, są tacy, którzy nie interesują się czymś, co poziomem nie przypomina hiszpańskiego El Clásico, Derbi Español. O nich mówił jeden z dziennikarzy sportowych, na jednym z kanałów internetowych: „Real ma miliard kibiców? Mówisz między innymi o zakompleksionych Polaczkach, którzy wiedząc o swojej niskiej wartości podpinają się pod sukcesy obcych klubów, aby chociaż przez chwilę poczuć się lepiej? Kibic, to ten, który kibicuje lokalnej drużynie ze swojego miasta, a nie jakiś frustrat, który nie słyszałby o Realu, gdyby ten nie grał w Lidze Mistrzów”. Po tym cytacie trzeba postawić kropkę, a jutro pojechać na ligową inaugurację do Długiego Kątu, Krasnobrodu bądź Starego Zamościa. Amen.

Marek Sztochel



Markowe teksty

Marek Sztochel
Najciekawsza, chociaż pełna patologii

To już jutro. Piłkarze z Zamojszczyzny rozpoczną rywalizację w kolejnym sezonie „najciekawszej ligi świata”. Najciekawszej, chociaż pełnej patologii. Patologii, z którymi nikt nie ma ochoty walczyć. Bo ten, który podejmie próbę, natychmiast zostanie okrzyknięty wrogiem numer jeden lokalnej piłki nożnej. Widzimy, że z roku na rok jest coraz gorzej, a jednak ciągle kochamy zamojską „okręgówkę” i w ogóle rozgrywki piłkarskie na poziomie podwórkowym. Kochamy miłością nieodwzajemnioną, ślepą, bezwarunkową.