Mówię „nie” kategoryzacji na lepszych i gorszych w połowie sezonu

Skoro „warto rozmawiać”, to chętnie zabiorę głos w sprawie pomysłu zreformowania rozgrywek w „najciekawszej lidze świata”. Propozycję swoją i anonimowego trenera z zamojskiej klasy okręgowej poddał pod dyskusję redaktor sportowy „Kroniki Tygodnia” Tomasz Tomczewski ze szlachetnego rocznika 1974 – jedyny oprócz mnie piszący o zamojskiej „okręgówce” dziennikarz, który systematycznie gości na stadionach Zamojszczyzny, więc zna problematykę tej ligi od podszewki, a nie tylko z rozmów telefonicznych z trenerami. Jestem tradycjonalistą, więc pomysł dzielenia ligi po rundzie jesiennej na lepszych i gorszych zupełnie mi się nie podoba.

Dzielimy ligę? – pyta w tytule swojego felietonu na łamach „Kroniki Tygodnia” (nr 17 z dn. 24 kwietnia 2018 r.) redaktor sportowy Tomasz Tomczewski. Pomysł zreformowania rozgrywek w „najciekawszej lidze świata” zrodził się w jego głowie – jak sam wyjaśnił – w czasie niewesołej pogawędki z jednym z trenerów na temat poziomu sportowego zamojskiej „okręgówki”. Ich wspólną myśl Tomek zawarł w swoim artykule. Chodzi o to, by zmienić system rywalizacji. Po rundzie jesiennej nastąpiłby podział ligi na grupę mistrzowską i spadkową, czyli na lepszych i gorszych. Ci z górnej półki nie musieliby grać wiosną z tymi słabszymi. Jesienią zespoły rozegrałyby po piętnaście meczów, a wiosną – po czternaście. W pierwszej części sezonu każdy z każdym spotkałby się tylko raz, zaś w rundzie wiosennej obowiązywałaby zasada meczu i rewanżu.

Jakiej argumentacji używa redaktor Tomasz Tomczewski? Jedna kolejka mniej to mniejsze kłopoty z terminarzem – nie trzeba rozgrywać meczów w środę. Podział na lepszych i gorszych zmniejsza liczbę meczów o pietruszkę. Rzadziej dochodziłoby do spotkań, w których wynik został rozstrzygnięty po trzydziestu minutach rywalizacji. I w ogóle atrakcyjność meczów wzrasta. Wybacz, Tomku, że nie wyrażam swojej opinii na ten temat w prywatnej rozmowie – wszak okazji nie brakuje, bo widzimy się na meczach dosyć często, wtedy dyskutujemy twarzą w twarz, a ponadto o naszej kochanej zamojskiej piłeczce rozmawiamy także wielokrotnie przez telefon. Chciałbym jednak, aby moje zdanie dotarło do szerszego grona z lokalnego środowiska piłkarskiego. Otóż mnie ten pomysł się nie podoba. Mam natomiast inną propozycję, którą foruję od pewnego czasu. A ten mój pomysł także zrodził się „w czasie niewesołej pogawędki z jednym z trenerów na temat poziomu sportowego zamojskiej klasy okręgowej”.

Jestem tradycjonalistą, dlatego popieram ligę złożoną z szesnastu zespołów, które rywalizują ze sobą systemem „każdy z każdym, mecz i rewanż”. Warunki są proste i czytelne. A przede wszystkim – nader sprawiedliwe. Nie trzeba tego psuć. Tymczasem podział ligi po rundzie jesiennej rodzi pewnego rodzaju problemy. Ot, chociażby liczba meczów na własnym boisku i na wyjeździe. Nie da się bowiem ułożyć takiego terminarza rundy zasadniczej, zawierającego piętnaście kolejek, by każdy zespół klasyfikowany był na podstawie takiej samej liczby występów u siebie i w „gościach”. Ktoś częściej zagra u siebie, a ktoś częściej na boisku rywala. Jakie kryterium należałoby przyjąć, żeby rozstrzygnąć, kto z kim ma przywilej zagrać na własnym obiekcie? A jak wiadomo – u siebie o zwycięstwo zawsze łatwiej. Żeby kategoryzować ligę na dwie grupy, trzeba najpierw dać zespołom możliwość sprawiedliwej rywalizacji na równych warunkach przez cały sezon, a nie tylko w jego fragmencie.

Solą piłki nożnej są gole, a te liczniej padają w meczach drużyn o zróżnicowanych umiejętnościach. Im bardziej wyrównany poziom rywalizacji, tym większe prawdopodobieństwo, że spotkanie zakończy się bezbramkowym remisem lub wynikiem rozstrzygniętym jedną bramką. Inną atrakcją kopanej są niespodzianki. Podział na dwie grupy także zmniejszy liczbę wyników zaskakujących – Dawid nie będzie miał wiosną okazji do pokonania Goliata, mały nie dokopie wielkiemu. Ważny jest także aspekt szkoleniowy. Słabsi muszą grać z lepszymi. I na odwrót. Zresztą, żadna reforma, która nie jest łączeniem dwóch lub więcej lig w jedną, nie wpływa na poziom rywalizacji. Żeby „okręgówka” stała na wyższym poziomie, a zespoły z dołu tabeli nie odbiegały tak od czołówki, potrzebne są liczne reformy systemowe, począwszy od zmiany sposobu zarządzania klubami, a skończywszy na sprawach czysto szkoleniowych. Nie można bowiem zapominać, że lokalna piłka nożna wciąż oparta jest na społecznikach, którzy nie dość, że poświęcają własny czas, ciężko pracując na rzecz sportowej społeczności, to jeszcze zwykle muszą do tego dołożyć z własnej kieszeni, a w „podzięce” wyleje się na nich fala internetowego hejtu.

Jak już wspomniałem, jeśli chcemy rozgrywek na wyższym poziomie, to musimy łączyć ligi. Od dawna postuluję powrót do rozgrywek w klasie międzyokręgowej. Na początek osiem najlepszych zespołów z zamojskiej „okręgówki” rywalizowałoby w grupie z ośmioma czołowymi drużynami z okręgu chełmskiego o dwa miejsca premiowane awansem do IV ligi. Można ewentualnie powrócić do czasów, gdy grano w grupie północnej i południowej – wtedy zespoły z Zamojszczyzny miałyby kontakt ligowy także z lubelskimi, np. Janowianką Janów Lubelski. Do klasy okręgowej spadałyby cztery najsłabsze zespoły, a dzięki temu awansować z tej ligi mogłyby dwie. Nie byłoby takiego problemu, że jedna z dwóch niezłych drużyn – jak np. obecnie Huczwa Tyszowce i Unia Hrubieszów – musiałaby się obejść smakiem, bo tortu z napisem „awans do IV ligi” podzielić nie można, a z innej grupy okręgowej promocję uzyska ktoś zupełnie nieprzygotowany do występów na wyższym szczeblu. Ponadto w klasie okręgowej jest sporo zespołów, które mają aspirację gry w lidze wyższej niż „okręgówka”, ale na IV ligę jeszcze nie są gotowe. Klasa pośrednia jest jak najbardziej wskazana.

Marek Sztochel



Markowe teksty

Marek Sztochel
Skandaliczne marnotrawienie publicznych pieniędzy

Łada 1945 Biłgoraj od kilku miesięcy szuka nowego prezesa, bo Winicjusz Oleszczak zrezygnował z tej funkcji. Nie jest to łatwe zadanie, bo szefem klubu sportowego powinien być ktoś, kto nadąża za stale zmieniającym się światem i odnajduje się w coraz to nowszej rzeczywistości, ma ochotę świadczyć nieodpłatnie ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności przez siedem dni w tygodniu, a ponadto musi mieć albo zasobny portfel, by samemu do tego „interesu” dołożyć, albo mocne poparcie przedsiębiorców lub miejscowych baronów, gotowych do dzielenia się swoim majątkiem. Warto się zastanowić, jak funkcjonowałyby sowicie finansowane z pieniędzy podatników instytucje kultury, gdyby oparte były tylko na działalności wolontariuszy?